29 października o godzinie 19, w Studiu Koncertowym im. Tadeusza Nalepy w Polskim Radiu Rzeszów zaprezentuje się Góralski Kabaret "Truteń".

Kabaret „Truteń” powstał 1993 roku. Jeszcze był nie nazwany, a już chłopaki zaczęły szukać sponsora, nie wierząc, że mogą na siebie zarobić. Udali się więc do pasieki największego pszczelarza na Podhalu, Józefa Różańskiego, a ten, widząc ich z daleka, zawołał: Tu jestem, trutnie! I tak powstała nazwa tego Góralskiego Kabaretu. Od początku wszystkie teksty pisała trutniom Wanda Czubernatowa, ogłoszona później cesarzową poezji góralskiej.

Występowała czasami z nimi jako Babka Krzysia eksploatując pseudonim, jakim podpisywała listy do ks. prof. Józefa Tischnera. Niekiedy kazała znów nazywać się Starą Pszczołą, dając do zrozumienia, że jeszcze by sobie pobzykała.
Przez pierwsze 10 lat najjaśniej świecącą gwiazdką kabaretu był Robert Sularz ze Skawy, brat tamtejszego sołtysa, zamieszkały na roli Dubcówka (czyta się Dupcówka). Niestety, ciężki wypadek wyłączył go z zabawy. Teraz jego drugi brat – Stanisław oraz Mateusz Papierz musieli we dwóch zagrać tak, by można było mówić, że na całym Podhalu takich trzech jak ich dwóch to nie ma ani jednego. Całe szczęście, że dzielnie ich wspierają: Grzegorz Bochnak (obecnie „manager”), przez kawał czasu był w Kabarecie Paweł Czech, teraz zastępuje go Kuba Rusiecki i jest oczywiście jeszcze Krzysiu Gocał z Zębu.

Przez te lata działalności Kabaret objechał po kilkakroć całą Polskę od Kamienia Pomorskiego po Karpacz, zahaczając po drodze o Kalisz. Kilkakrotnie uznawany był za najlepszy kabaret wiejski w kraju. Nie jeden raz gościł w USA, a nawet w Kanadzie, a na Słowacji koncertował jeszcze przed przyjęciem tego państwa do strefy Schengen.

„Truteń” występuje w pełnym pięcioosobowym składzie. Stanisław Sularz i Mateusz Papierz są także wziętymi wodzirejami balów karnawałowych, ten pierwszy od lat jest również konferansjerem Karnawału Góralskiego i Sabałowych Bajań w Bukowinie Tatrzańskiej.

Z widzów pieniędzy „Truteń” nie zdziera. Często godzi się występować za bułkę plus koszty przejazdu. Niewtajemniczonym wyjaśniamy, że bułkę w Chicago nazywa się zwitek dolarów, w zależności od nominałów grubości hot-doga lub bagietki (dobrze odżywiający się mężczyźni znają ten rozmiar). W zamian dają ponad godzinę znakomitej zabawy w stylu podhalańskiego mixu, gdzie to, co góralskie miesza się z meksykańskim i polskim ze środkowego Illinois. No i z ciętą satyrą – obyczajową i polityczną.

 

za: Agencja LuxArt


Potrzebujesz pomocy? kliknij tutaj